Rozpoczyna się Endgame! Dwanaście starożytnych ludów usłyszało wezwanie. Doskonale wyszkoleni Gracze, przedstawiciele swoich ludów, stają do walki na śmierć i życie. Mają jeden cel – znaleźć Klucz Ziemi.
Graczy coraz mniej, a stawka coraz większa. Po odnalezieniu Klucza Ziemi gra staje się coraz bardziej zacięta, a pozostali przy życiu uczestnicy zrobią wszystko, by odnaleźć upragniony Klucz Niebios.
Pierwszy tom trylogii Jamesa Freya i Nilsa Johnsona-Sheltona Endgame. Wezwanie przeczytałam już jakiś czas temu. Podobał mi się, choć miałam też kilka obiekcji. Po drugą część – Klucz Niebios – sięgałam z pewną dozą niepewności i dużymi nadziejami równocześnie. Wychodzę z założenia, że jeśli zaczęło się jakąś serię, to trzeba ją też skończyć. Nie wychodzi się z kina, póki trwa seans. Zrobiłam kawę i zabrałam się do systematycznego odkrywania tego, co ukryto w tym pokaźnym tomiszczu.
Takim chwytliwym hasłem reklamowano twór, jakim jest Endgame. Książka miała być multimedialnym doświadczeniem dla czytelników, którzy dadzą się wciągnąć w fikcyjny świat. Kusiła możliwością wygrania 3 000 000 $ nagrody za rozwiązanie ukrytej zagadki, a do tego idealnie wpisywała się w nurt popularnych powieści dystopijnych. Jestem podatnym na wpływy odbiorcą gry marketingowej, więc skuszona chwytliwymi hasłami i ogromem pozytywnym recenzji wzięłam w swe ręce Endgame i... załamałam się.
Los świata, całej ludzkości spoczywa na barkach dwanaściorga młodych ludzi. Od tego, czy wygrają Endgame, zależy, czy ich lud przeżyje. Od lat szkoleni są na bezlitosnych zabójców. Są perfekcyjni w tym, co robią. Jednak wszyscy, cała dwunastka, żyje w przeświadczeniu, że Endgame za ich życia się nie zdarzy. Że ominie ich to tak samo jak wielu ich przodków. Niestety, czas Endgame nadchodzi. Wybrani muszą stanąć do walki. Zwycięży jeden, a inni zginą.
Jakiś czas temu na blogach książkowych pojawiła się informacja, że niebawem na rynek wychodzi pozycja, która ma wytyczyć nowe ramy rozrywki. I faktycznie tak się stało. Dokładnie siódmego października, w tym samym dniu, na całym świecie do sprzedaży wypuszczono Endgame. Wielki multimedialny projekt, pierwsze zakrojone na tak szeroką skalę przedsięwzięcie. Chyba każdy choć trochę zainteresowany branżą wydawniczą o nim słyszał. Pytanie jednak brzmi: czy obietnica Jamesa Freya, który przez czytelników jest znany przede wszystkim z autobiograficznej relacji z odwyku pt. Milion małych kawałków, dotyczącej innowacyjności, została spełniona. A może skończyło się tylko na czczych obietnicach? Postawiłam tej historii wysoką poprzeczkę, miałam nadzieję, że trzymam w dłoniach najlepsze fantasy dwa tysiące czternastego roku. Jaka jest prawda? Przeczytałam, przeanalizowałam i… odpowiadam.