| źródło |
Już od kilku miesięcy patrzyłam, ba, nieśmiało zerkałam na książki w bibliotece, księgarni, w których autorzy opisywali swoje podróże do dalekich zakątków świata. I tak, jak podziwiałam Cejrowskiego, i gdy tylko trafiłam na jego programy, oglądałam je z zapartym tchem, to nigdy nie sięgnęłam po jego powieści z pewnymi obawami, że może on wcale tak fenomenalnie nie pisze i lektura przyniesie mi tylko rozczarowanie? Tak samo było w przypadku Beaty Pawlikowskiej – słuchałam w niemal każdą niedzielę jej programów w Radiu Zet, a książki omijałam szerokim łukiem. I identycznie było w przypadku Martyny Wojciechowskiej. Pamiętam, jak prowadziła program Dzieciaki z klasą (jeżeli mnie pamięć nie myli) i bardzo chciałam w nim wystąpić (z tego, co pamiętam, byłam wtedy dopiero w piątej czy szóstej klasie podstawówki, więc proszę się nie śmiać). Gdy w ramówce TVN pojawił się prowadzony przez nią program Kobieta na krańcu świata — tak jak w przypadku Boso przez świat oglądałam go bardzo często. Lecz w końcu powiedziałam sobie — koniec i basta. Trzeba w końcu zabrać się za książki. I będąc w bibliotece, ściągnęłam z półki Kobietę na krańcu świata z myślą: co ma być, to będzie.
